Alicia Keys
Chociaż ostatnio znana jest głownie ze swojego przeboju “No one”, nie ulega wątpliwości, iż tak jak dla Britney Spears przełomową piosenkę było “Ups I did it again”, a dla Aguilery “Genie in the bottle”, tak panna Keys podbiła świat utworem “Tallin”. Do dziś wiele osób kojarzy ją tylko i wyłącznie z tym wydawnictwem, a szkoda, bo na swoich albumach ma do zaproponowania dużo, dużo więcej. Jeśli chodzi o moje ulubione kawałki, to nie skłamię, jeśli powiem, iż w jej dwóch pierwszych płytach najbardziej urzekło mnie intro. “Piano and I”, czyli utwór rozpoczynający jej pierwszy album jest po prostu genialny. Pianino nigdy nie brzmi w jej utworach tak świetnie jak w tej piosence. Nie mniej, a może nawet odrobinę bardziej podoba mi się intro z drugiego krążka piosenkarki- “The diary of Alicia Keys”. Jednak w tym przypadku urzekł mnie raczej tekst. To właśnie ten album jest moim ulubionym. Nowy, wydany dwa lata temu krążek wprawdzie przyniósł ze sobą kilka niezłych utworów, jednak nie podbił mego serca tak jak dwa pozostałe wydawnictwa tej wokalistki. Jeszcze kilka lat temu obwiniano ją za rozpad lubianego przez słuchaczy zespołu Destiny’s child. Jednak po kilku latach sprawa nieco ucichła, a słysząc w radiu jej utwór “Halo” coraz mniej osób zastanawia się nad tym, dlaczego trio się rozpadło. Teraz Beyonce jest marką samą w sobie. W końcu ani Michelle ani Kelly Rowland nie zrobiły tak zawrotnej kariery, choć Kelly nagrała głośny przebój wraz z Nellym, który długo gościł na listach przebojów. Nie mniej jednak to Beyonce, która w ubiegłym roku wydała trzeci solowy album, najbardziej na owym rozpadzie zyskała. Wciąż zarabia miliony, jest twarzą jednej z najpopularniejszych marek kosmetyków, a do tego, co by nie mówić, genialnie śpiewa. W swoim najnowszym wydaniu nieco wyzbyła się zmanierowanego głosu, którym raczyła nas przez niemal wszystkie piosenki w “B’day” i wreszcie pokazała, że naprawdę ma porządny głos. Choć jeśli o mnie chodzi, wciąż bardzo chętnie słucham jej najstarszych przebojów, czyli “Crazy in love” czy “Naughty girl”. Nie ulega jednak wątpliwości, że utwory jak “Halo” czy “If I were a boy” są bardziej dojrzałe.
TLove Antyidol
W płytę wprowadza nas intro: gitarowa solówka nawiązująca do hejnału granego na krakowskim rynku. Pierwsza piosenka “miłość II” wrzuca od razu piaty bieg i przechodzi bardzo szybkim tempem jakby obok nas, co wcale nie jest wadą. “Jak żądło” to piosenka przy której zastanawiamy się czy to dalej T.love? Falset Muńka to zupełny odlot, przez chwilę czuje się jakbym słuchał “The Darkness”. Piosenka jednak jest bardzo przyjemna i wpada w ucho no a tekst jest jakby też inaczej o miłości. Płyta bogata jest w różnego rodzaju niespodzianki. Zespól gra bardzo dojrzale, w porównaniu do poprzednich albumów, niektóre momenty piosenki “dziewczyny” brzmią jakby nagrywał je “green day”, takich momentów jest na płycie zresztą więcej. Zespół zresztą jest bardziej uniwersalny muzycznie, odchodzi trochę od swojego wizerunku zespołu rock’n'rollowego, choć typowe piosenki tego typu również można znaleźć an albumie, na przykład “gaz”. “Mental terror” znów nasuwa skojarzenia z grupą “the doors” , natomiast “My name is Lukasz” to raczej muzyczny żart, piosenka śpiewana do pianina, to nie typowy utwór T.love. Przy końcówce płyty na wyróżnienie zasługują jeszcze piosenki “dzień” oraz “She loves Dostojevsky”. Według Muńka Staszczyka Antyidol miał być powrotem do korzeni zespołu. Można powiedzieć że trochę więcej jest znów punku a mnie rock’n'rolla. Płytę wydaną (jakże by inaczej) w listopadzie 1999 roku rozpoczyna “banalny”, piosenka być może nie o głębokim przesłaniu, jednak bardzo uczuciowa i wręcz ociekająca emocjami i nieskrywaną naturalnością. “133″ to piosenka podrasowana paroma chwytami elektronicznymi, jednak słucha się bardzo dobrze, “anty” to z kolei piosenka o buncie, czyli w zasadzie bardzo w stylu początkowych dokonań kapeli. “Mów do mnie” i “ambicja to spokojne kawałki, w iście nihilistycznych klimatach, dobre do snu. “Piosenka” to kolejny po “banalnym” hit na płycie.. niestety nie jest ich tutaj wiele. “E.M.I.” to już piosenka w klimatach późnej nirwany, ostre gitarowe rytmy przypominają te z “dive” Cobaina. Ostatnie cztery piosenki płyty: “S.O.S. Ska”, “dla Ciebie”, “popsong” i “jak dzieci” nie wyróżniaja się niczym specjalnym. Może jedynie “popsong” posiada wyrazisty klimat z charakterystycznym modernistycznym tekstem. Ogólnie 11 piosenek to mało. Ale dzięki dwóm hitom, można to zespołu wybaczyć.